
Spleciony obraz
To wciągająca powieść obyczajowa o samotności z wyboru, ucieczce od siebie i poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, które nie pozwalają iść naprzód. Poruszająca historia kobiety, której los daje szansę na znalezienie nowej drogi, ale zamknięcie drzwi bolesnej przeszłości okazuje się trudniejsze, niż sądziła.
Czy można żyć naprawdę, wymazując tylko z pamięci popełnione błędy?
To finałowy tom cyklu Cienie prawdy – opowieść o konfrontacji z przeszłością, a także rodzicielstwie, miłości i przyjaźni poddanych przez los trudnej próbie. Wszystkie wątki się splatają, a bohaterowie stają u progu nowej drogi – ci sami, choć już inni.
Emocjonalny rollercoaster – napięcie, wzruszenie, złość i nadzieja w jednej historii.
– Mama tosiaczka czyta
Autorka mistrzowsko gra na emocjach – pisze dojrzale, mocno i niezwykle prawdziwie.
– Tatiasza Aleksiej
To książki kompletne i poruszające – opowiadające o życiu w sposób, który naprawdę trafia.
– Książekczara
Psychologiczne portrety postaci i dialogi są fenomenalne.
– Psycholog czyta
Nie mogłam przestać myśleć o tym, jak fabuła się potoczy. Nawet kiedy nie czytałam, cały czas byłam z bohaterami w samym środku wydarzeń.
– DomowyKlimacik
Mimo, że autorka pisze w niezwykle spokojny sposób, to jednak wspaniale stopniuje napięcie i powoduje, że przez książkę się płynie, z niecierpliwością oczekując zakończenia.
– aleks_is_reading
Ciekawostki
Finałowy tom cyklu obyczajowego Cienie prawdy to opowieść głównie o Marcie. Cała historia zaczęła się, gdy to ona pojawiła się w życiu Daniela, więc i na niej musiała się skończyć. Wiem również, że to właśnie Marta wzbudziła w wielu czytelnikach najwięcej emocji – dopytywali o nią i czekali na dalszy ciąg jej losów. Przyznam, że ja także nie mogłam się już doczekać, by pokazać tę postać w pisarskim zbliżeniu. Pomysł na domknięcie cyklu zrodził się już dawno – wiedziałam co spotka Martę, ale wczucie się w jej emocje było zupełnie nowym doświadczeniem. Wymagało także zajrzenia ponownie w mroczne zakamarki ludzkiej natury. Zagłębiłam się w badania mówiące o tym, jak prostytucja pustoszy psychikę i odbiera zdolność budowania relacji – to ciekawe, ale i obciążające.
Fascynujące było dla mnie także pisanie wątku Julki, która na kartach kolejnych tomów Cieni prawdy stopniowo przeistaczała się z dziewczynki w podlotka. Często biegłam wtedy myślą do moi dzieci – kiedy pisałam Odbicie przeszłości zaczynały podstawówkę. Gdy pracowałam nad Splecionym obrazem, pomagały mi jako konsultanci w zakresie języka i poczynań nastolatków.
Spleciony obraz to nie tylko historia Marty, ale także splecione wątki Agaty, Daniela, Przemka. Sama jestem ciekawa, jak poradzą sobie dalej z życiem, jak potoczą się ich losy i jakie decyzje podejmą odmienieni przez wydarzenia z Cieni prawdy. Pozostawiam to Waszej i swojej wyobraźni.
Opinie i recenzje książki Spleciony obraz
Więcej opinii czytelników książek obyczajowych nt. książki Spleciony obraz → Zajrzyj do recenzji i dyskusji w serwisie Lubimyczytac.pl.
Gdzie kupić książkę Spleciony obraz?
Powieści Marii Weroniki Józefackiej kupisz w większości księgarni internetowych – poniżej kilka sprawdzonych miejsc. Spleciony obraz dostępne jako książka i e-book.
Inne książki z cyklu
PROLOG
Puścili się z plaży pędem, pchani silnymi podmuchami od jeziora. Niebo za ich plecami czerniało i wzbierało gniewem. Groźne pomruki ponaglały do wysiłku. Przebiegli przez ulicę, potem zarośniętą ścieżką na tyłach potężnego budynku muzeum. W końcu dopadli ruin zamku i wbiegli między jego zakamarki. Tu przystanęli. Wsparci plecami o kamienny mur, zadyszani i spoceni, śmiali się z szalonej ucieczki przed naturą.
– Może przejdzie bokiem – wysapała Marta.
Zdjęła dżinsową kurtkę i rzuciła ją na rachityczny krzak rosnący opodal. Chwyciła palcami brzeg T-shirtu i powachlowała nim.
Chłopak otarł skroń z kropelek potu i omiótł niebo sceptycznym spojrzeniem.
– Eeee, nie wydaje mi się. Nad Kamionkiem pewnie już nieźle wali. – Wypuścił głośno powietrze i wskazał głową w kierunku przeciwległego brzegu Jeziora Długiego.
–To jak wrócimy na matmę? – zapytała i przyłożyła rozgrzany policzek do cudownie chłodnego kamienia.
Wzruszył ramionami i przeczesał palcami pozlepiane kosmyki ciemnych włosów.
– Nie wrócimy. Zależy ci?
– Ani trochę – odparła lekko i przyjrzała mu się dyskretnie.
Siedziała za nim na kilku lekcjach, a dopiero teraz zauważyła, że zmężniał. Może odkąd zaczął trenować ręczną? Pod koszulką wyraźne rysowały się bicepsy. I chyba jeszcze urósł. Na początku roku szkolnego byli równi wzrostem, a teraz górował nad nią z pięć centymetrów.
– Powiemy w razie czego Baniewskiej, że chcieliśmy się wczuć w atmosferę Krzyżaków – oświadczył i przeszedł się wzdłuż muru.
U podnóża pleniły się bujne kępy chwastów i trawy, a fragmenty zbudowane z kamienia przechodziły wyżej w czerwoną cegłę. W załamaniu muru widniały ślady niedawnej imprezy: czarne kółko po ognisku i zgniecione puszki po Harnasiu.
– Drogie dzieci, to tutaj, na tym oto zamku została uwięziona Danuśka – wyrecytował znudzonym głosem, jakby po raz pięćdziesiąty oprowadzał tą samą trasą szkolną wycieczkę. – Dla upamiętnienia tego faktu wzniesiono nieopodal pomnik Henryka Sienkiewicza, który zaraz sobie obejrzymy. Grajewska, uważaj, bo znowu dostaniesz pałę ze znajomości lektury! – Pogroził palcem, kiedy Marta wybuchnęła śmiechem.
Nie zdążyła odpowiedzieć, bo grafitowe niebo nad nimi rozdarła błyskawica i oślepiła ich jasność.
– Mogło walnąć w wieżę ratusza – wydukała z przestrachem i zamrugała, żeby odgonić powidoki.
Ledwie to powiedziała, z nieba spadły pierwsze ciężkie krople, a po kilku sekundach lunęło, jakby ktoś w niebie przechylił nad ich głowami balię.
– Spadamy do ratusza – zarządził. Chwycił Martę za rękę i kuląc głowę w ramionach, pociągnął do wylotu z ruin.
– Stój! – krzyknęła między kolejnymi grzmotami. Zawróciła, podbiegła do krzewu i zerwała z gałęzi kurtkę.
– Mój ci on! – zawołała ze śmiechem i rozpostarła kurtkę na uniesionych rękach.
Na niewiele to się zdało, bo woda spływała im już po włosach, mokre koszulki lepiły się do ciała, a w trampkach chlupało.
Jednak chłopak przystanął i wsunął głowę pod iluzoryczną osłonę. Znaleźli się teraz bardzo blisko siebie. Tak blisko, że poczuła na twarzy ciepły oddech. Zerknął na nią z nieśmiałym, niemym pytaniem, którego wyczekiwała od kilku sekund z trzepoczącym sercem. Uśmiechnęła się przelotnie, a on przejął od niej drugi kraniec kurtki i otoczył ją ramieniem.
Dotyk sprawił, że szalejąca nad głowami nawałnica w jednej sekundzie wydała jej się najwspanialszym cudem. Objęła go w pasie i pomknęli między murami ku wejściu do ratusza. Wskakiwali w największe kałuże i zaśmiewali się do rozpuku, kiedy wiatr szarpał materiałem nad ich głowami, a woda wlewała im się do butów. Za każdym razem gdy błysnęło, przytulali się do siebie coraz śmielej i swobodniej. Skryli się pod daszek z pleksi przed drzwiami urzędu i powiesili ociekającą wodą kurtkę na żelaznym słupku, ale nie zwolnili uścisku. Podziwiali mroczne piękno targające Szczytnem i odkrywali w milczeniu radość z bliskości, o której od dawna oboje nieśmiało marzyli.
Rozdział 1
Za progiem kawiarni Marta zdjęła z twarzy maskę naiwnej hostessy. Trafiony, zatopiony – pomyślała z satysfakcją. Obiekt, czyli mężczyzna, którego niewierności miała dowieść, w końcu zaproponował, by kontynuowali rozmowę w pokoju hotelowym. Patrzył na nią tak łakomie, że detektyw na pewno nacykał fotek, które wystarczą, by zamknąć zlecenie. Rozejrzała się po ulicy, ale ta była już pusta. Zresztą i tak nie wiedziała, kogo wysłał dzisiaj Kondi. Właśnie, Konrad!
Oddaliła się od kawiarni, żeby nie wpaść przypadkiem na obiekt, skręciła w boczną uliczkę i zadzwoniła do szefa. Zdała mu raport z przebiegu spotkania. Pochwalił ją, a potem, ku jej zaskoczeniu, zaprosił do biura.
– To coś pilnego? Miałam na dzisiaj trochę inne plany… – Próbowała się wymigać.
– Pilnego. Mam do ciebie interes i chciałbym to obgadać osobiście. Nie zajmę ci dużo czasu.
Zgodziła się więc, opatuliła szyję apaszką i dopięła ostatni guzik płaszcza. Koniec września zamiast polskiej złotej jesieni przynosił od kilku dni porywiste wiatry i temperatury typowe raczej dla końcówki października. Potem wezwała Ubera.
Kilkanaście minut później siedziała w pokoju Konrada. Czekała, aż skończy rozmawiać.
Odłożył wreszcie telefon i przysiadł na rogu biurka, które jak zwykle błyszczało porządkiem. Papiery ułożone w idealny stosik, długopisy i bloczki do notatek posegregowane według kolorów w organizerze, a na blacie ani jednej drobinki kurzu.
– Wiesz, że pedantyzm to jedna z cech wyróżniających psychopatów? – rzuciła z uśmiechem. Lubiła tego łysawego konusa w źle dobranych okularach. Był wymagający, ale potrafił pochwalić za dobrze wykonaną pracę i nieźle płacił, w każdym razie tyle, że na życie w Olsztynie wystarczało.
– A myślisz, że dlaczego założyłem agencję detektywistyczną? Pod latarnią najciemniej.
Wyszczerzył się, ale zaraz spojrzał na Martę poważniej, jakby coś sobie przypomniał.
– No, Kondi, dawaj. Co się urodziło? – Pochyliła się z uwagą w jego stronę. Napotkawszy skonsternowane spojrzenie szefa, wyprostowała się i zaplotła przed sobą ręce. Zapomniała, że jej służbowy mundurek składał się dzisiaj z szerokich spodni i kopertowej bluzki z głębokim dekoltem, którym właśnie zaświeciła Konradowi po oczach.
– Tak, mhm… – Zająknął się i poprawił okulary. – Mam dla ciebie pewną propozycję, a właściwie zmusza mnie do tego sytuacja. Jedna z pracownic postanowiła wyjechać na stałe za granicę i złożyła wypowiedzenie. Mógłbym spróbować ją zatrzymać na jakiś czas, ale z niewolnika nie ma robotnika, jak to mówią. Dokończy bieżące zlecenia, ale nie zacznie już nowych, a ja nie mam kim jej zastąpić – powiedział przepraszającym tonem.
– Nie ma sprawy, wezmę je za nią. Wyślij mi adresy i szczegóły spraw. –Wzruszyła ramionami i już sięgnęła po torebkę, uznając sprawę za załatwioną, ale powstrzymał ją gestem.
– Poczekaj. Sęk w tym, że chodzi o zlecenia w Warszawie. Musiałabyś przenieść się tam na kilka tygodni, może dwa miesiące. W tym czasie znajdziemy kogoś na stałe.
Z Marty zeszło powietrze. Opadła na fotel i spojrzała na Konrada z namysłem.
– Góra dwa miesiące?
Skinął głową.
– Mamy na Żoliborzu służbowe mieszkanie, stoi akurat puste. Nie ukrywam, że jesteś moim najlepszym i jedynym wyborem, bo jako jedyna z dziewczyn znasz dobrze Warszawę. Wiem też, że nie trzeba cię niańczyć. Oczywiście to my zgarniamy większość kasy za twoje zlecenia. Dla ciebie działka jak zwykle, plus bonus za niedogodności. A z tego, co wiem, jednej klientce bardzo zależy na uwolnieniu się z pęt teoretycznego małżeństwa.
Marta słuchała tego z mieszanymi uczuciami. Nie po to ponad dwa lata temu uciekła do Olsztyna, żeby teraz wracać na stare śmieci. Tamto życie zostawiła za sobą i tak było dobrze. Tylko że Konrad nie miał zielonego pojęcia o jej „tamtym życiu”.
– Dasz mi chwilę do namysłu?
– Jasne, ale nie ukrywam, że chwila nie może trwać długo. Warszawka ma chyba naprawdę nóż na gardle – dorzucił z przekąsem. Jego chłodne relacje z podlegającym mu szefem biura w stolicy nie były tajemnicą. – Aha, pamiętasz Bacę? Chyba przecięły wam się kiedyś drogi? Też się tam przeniósł. Będziesz mieć od razu kolegę. – Uśmiechnął się przymilnie.
– Daj mi dzień, dwa. Muszę poukładać tutaj parę spraw – odparła asekuracyjnie, bo tak postąpiłby każdy rozsądny pracownik na jej miejscu.
Chociaż spraw do układania nie miała specjalnie dużo. Życie towarzyskie ograniczało się do spotkań przy winie z dwiema koleżankami, kontaktów z mężczyznami miała po kokardę w pracy, psa nie posiadała ze względu na alergię. Mimo to nie uśmiechało jej się wyściubiać na dłużej nosa poza Olsztyn.
Uścisnęła Konrada przelotnie na do widzenia i wyszła na wietrzną ulicę. Z niesmakiem zarejestrowała, że chociaż dochodzi ledwie piąta, zapadła szarówka. Czekając na autobus, kuliła się pod wiatą, która nie osłoniłaby Kamila Stocha, obserwowała wirujące na trawniku smętne resztki lata i rozważała propozycję szefa. Perspektywa wyjazdu do Warszawy budziła w niej głęboką obawę. Zakotwiczyła się w Olsztynie, a teraz los miał ją stąd porwać niczym wiatr te zwiędłe liście. Z drugiej strony, niespodziewanie dla niej samej, jakiś głos kusił, mamił tęsknotą za spacerem przez Park Skaryszewski, niepowtarzalnym smakiem kebsa na Francuskiej i wszechobecnym rejwachem. Olsztyn to nie dziura zabita dechami, ale energia miasta była inna niż wieczna zadyszka stolicy.
Zirytowała ją ta niesubordynacja własnej duszy, którą trzymała w ryzach od odejścia z Charlene. A jeszcze bardziej to, że autobus wciąż nie nadjeżdżał.
Z rozważań wyrwał ją dzwonek telefonu. Wydobyła z czeluści torby smartfona, zerknęła na wyświetlacz i odebrała, odwracając się tyłem do wiatru:
– Cześć, tato. Coś się dzieje? Bo jak nie, to zadzwonię z domu. Urywa mi głowę na przystanku.
– Nie, nic wielkiego. Chciałem ci tylko przypomnieć, żebyś wykupiła mamie leki, na recepcie są jeszcze dwa opakowania Ariceptu. Wpadniesz wkrótce do Szczytna?
– Pamiętam i wpadnę. Pewnie w weekend.
Nagle przyszedł jej do głowy oczywisty powód, dla którego absolutnie nie może wyjechać. Dlaczego od razu o tym nie pomyślała? Przecież Konrad by zrozumiał.
– Tato, a jak mama się dzisiaj czuje?
– Świetnie. Poszła nawet na wykład na uniwersytecie trzeciego wieku. Jakieś malarstwo czy rzeźba. – Przez głos taty przebijała radość.
– A czy myślisz…. – Zawahała się, bo nagle zrobiło jej się głupio, że gra kartą mamy, żeby uniknąć podejmowania decyzji. – Myślisz, że poradziłbyś sobie, gdybym przez jakiś czas, miesiąc czy dwa, rzadziej u was bywała? Szef poprosił, żebym zastąpiła koleżankę w Warszawie.
Przez chwilę wsłuchiwała się w ciszę w słuchawce, widocznie tata się zastanawiał, jak zgrabnie zatrzymać ją blisko. I dobrze, tu jest jej miejsce, problem z głowy. Niech sobie Warszawka sama znajdzie kogoś na cito.
– A czy Warszawa jest na innym kontynencie? Albo ja mam dwie lewe ręce? Zaopiekuję się mamą, a ty jedź – odparł z podejrzanym entuzjazmem. – Zabaw się, poznaj kogoś. Może znajdziesz mi tam zięcia, skoro w Olsztynie za mały wybór. Zaraz będziesz starą panną.
– Taaato, proszę cię…
– Co tato, co tato. Ja wiem, że teraz się mówi singielka. I nie każę ci od razu lecieć przed ołtarz z pierwszym lepszym, ale wnukami bym nie pogardził. A i mama, póki jeszcze kojarzy…
– Dobrze, czyli mam twoje błogosławieństwo – ucięła rozdrażniona. Nie na taką odpowiedź liczyła.
Chociaż czego się spodziewać po byłym policjancie, jak nie postawy „ze wszystkim sobie poradzę”. Zawsze sobie radził. Po śmierci Roberta głównie przy pomocy małpek z żołądkową gorzką. Na szczęście w porę mama znalazła w sobie siłę, by zauważyć, co się dzieje i postawiła go do pionu. Od czasu jej diagnozy nie tknął nawet piwa.
– Kończę, jedzie mój autobus – rzuciła w słuchawkę, bo rzeczywiście do przystanku zbliżała się sto szesnastka w stronę Zielonej Górki.
Zajęła miejsce przy oknie i zapatrzyła się w kalejdoskop szyldów i neonów. Przypomniała sobie inne, bardziej krzykliwe, nachalne. A może to tylko życie było wtedy bardziej intensywne, mocniejsze? Nagle zatęskniła za Warszawą. To tylko dwa miesiące. Jakie jest prawdopodobieństwo, że napatoczy się ktoś, kto pamięta ją jako Sabinę z Charlene? Gdzie Żoliborz, a gdzie Wilanów? Wystarczy omijać go szerokim łukiem. Poza tym z krótkimi włosami w odcieniu jasnego kasztanu nikt jej nie pozna.
Wyjęła telefon z torebki i postukała nim o kolano. Wybrała numer Konrada, wysłała mu wiadomość i zamknęła oczy. Nagle przestraszyła się tej emocjonalnej i pochopnej decyzji. Po chwili dostała odpowiedź:
Świetnie, na Ciebie zawsze można liczyć:-). Zaczynasz od października.
Wzięła głęboki wdech i zasłuchała się w siebie, a potem zaczęła wyliczać w głowie sprawy do załatwienia przed wyjazdem. Przede wszystkim wizyta u lekarza i zapas leków na dwa miesiące – pomyślała trzeźwo. A zaraz potem naszła ją refleksja, że może to właśnie dobry krok. W końcu przetestuje swoją odporność psychiczną. Najwyższa pora.
*
Igor narzucił kurtkę i wyszedł tylnym wyjściem. Gdy skręcił za róg budynku, dojrzał koniec falującej kolejki młodzieży, głównie studentów pierwszych lat. Ekrany telefonów podświetlały roześmiane twarze, podniesione głosy zlewały się w pełen ekscytacji harmider. Pomyślał, że piątkowy wieczór zapowiada się równie pracowity, co owocny. Z daleka dostrzegł przed wejściem wyciągniętą w jego stronę rękę ochroniarza. Kiwnął mu głową i przecisnął się między dwoma rozochoconymi grupkami, kołyszącymi się niecierpliwie w rytm bitów stłumionych grubością ścian. Podszedł do nowego, którego imienia nie pamiętał. Jego gładko ogoloną, kanciastą twarz spowijał zielonkawy blask neonu, a ramiona niemal wypełniały wejście.
– Co jest?
– Przepraszam, szefie, że zawracam głowę, ale jedna małolata upiera się, że wejdzie – powiedział, nachyliwszy się w stronę Igora, by przebić się przez szum wokół. – Nie ma dowodu, więc normalnie bym ją spuścił na drzewo, ale kazała pana zawołać. Znała imię i nazwisko, więc pomyślałem…
– Dobrze pomyślałeś.
Igor klepnął go w muskularne ramię i spojrzał we wskazanym przez niego kierunku.
W mordę – westchnął w duchu z irytacją.
Kilka kroków dalej, pod literą L z neonu PLAZMA, stała ciemnowłosa dziewczyna w srebrzystym futerku, obcisłych dżinsach i kozakach na obcasach tak wysokich, że kiedyś przyprawią ją o haluksy.
– Jesteś sama? – odezwał się bez wstępów, stając przed nią z obojętną miną.
Przynajmniej taką starał się przyjąć, chociaż najchętniej wsadziłby gówniarę w Ubera, poradził, by przysiadła do geometrii, zamiast włóczyć się po klubach, i wysłał do domu.
– Nie, ale dziś zabrałam tylko jedną koleżankę – odparła przymilnie i wskazała na dziewczynę obok, niemal wierną kopię jej samej. Grube czarne kreski na powiekach wyciągnięte prawie za uszy, brzoskwiniowa cera bez skazy, gładko przylizane blond włosy i bordowe usta – wszystko, żeby wyglądać na taką, która może kupić w sklepie alko i fajki.
– Chodźcie.
Puścił mimo uszu umizgi dziewczyny, odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku parkingu na tyłach klubu. W miarę jak oddalał się od wejścia, harmider i muzyka cichły. Teraz za sobą słyszał tylko pospieszne stukanie obcasów. Dotarłszy do ciężkich drzwi od zaplecza, otworzył je szeroko i wsparty o klamkę czekał, aż małolaty wejdą. Gdy go mijały, posłał im niechętne spojrzenie.
– Tatuś na pewno wie, gdzie nieletnia córeczka baluje w piątkowy wieczór? – rzucił za plecami Sandry i poprowadził je korytarzem zastawionym po obu stronach kegami i skrzynkami.
Muzyka znów narastała, basy pulsowały między ścianami.
– A to już chyba nie twój interes – odparła lekceważącym tonem, oglądając się za siebie. Najwyraźniej zwycięstwo i smak władzy uderzyły jej do głowy.
W Igorze wszystko się zagotowało, ale zaraz ochłonął. To ostatecznie nie jego sprawa. Oczywiście tylko tak długo, jak długo gówniary nie nabiją sobie guza, zadając się z podejrzanym towarzystwem. Wtedy zapewne okaże się, że to jednak jego broszka.
– Mam cię na oku – odrzekł chłodno.
Zostawił dziewczyny i skręcił do swojego biura. Pchnął ramieniem drzwi z napisem „tylko dla personelu” i z ulgą przyjął panującą tu względną ciszę.
Usiadł za biurkiem, włączył lampkę i zerknął na ekran jednego z szeregu monitorów. Sandra z towarzyszką tkwiły przy barze wciśnięte między ludzi, oparte o blat łokciami, niby stałe bywalczynie i najwyraźniej czekały na drinka. Na szczęście interesem zawiadowała tej nocy obrotna barmanka, na której przytomność mógł zwykle liczyć. Wierzył, że młode dostaną drinki o połowę słabsze niż inni goście. Dostrzegł nawet, jak nachyla się do ucha jednego z kolegów i wskazuje głową Sandrę.
Oderwał wzrok od monitora i przeniósł go na plik papierów na biurku. Zwykle porządkował je w poniedziałek po południu, kiedy w klubie opadał kurz po weekendowym szczycie, ruszały przygotowania do kolejnego, a bar pracował na zwolnionych obrotach. Tym razem jednak wziął wolne. Postukał palcem w plik faktur i uśmiechnął się z rozmarzeniem. Zerknął na telefon i odczytał ostatniego esemesa od Laury. Sądząc po fotkach z zakupów, które mu wysłała, noc z poniedziałku na wtorek zapowiadała się co najmniej ekscytująco.
Koniec fragmentu. Pełna wersja powieści dostępna w księgarniach.


